Niedziela. Święto. Wieczór. Łóżko, laptop, herbata z miodem i ciasto. Czas zmontować film na YT i napisać notkę na bloga.
Cisza, spokój… JEB!

       Pośród bloków osiedla rozchodzą się dźwięki n-tej wojny światowej. Krzyki, strzały, tupot małych nóżek… Ja pierdolę, kurwa!
       Jakieś niedobitki z sylwestra postanowiły wykończyć zapas swojego arsenału.
Gdyby to był pojedynczy wystrzał jakiegoś korsarzyka czy pikolaka znalezionego na dnie kurtki z dziurawą kieszenią to jeszcze bym zrozumiał (choć i tak nie popieram) ale to co się działo pod blokiem było żywcem ściągnięte z filmu o pewnym Kevinie broniącym swojego domu. Nie wiem jak się nazywają petardy strzelające całą serią… ale słysząc je dwukrotnie po obu stronach bloku znam na pamięć ich „melodię”.
       Brawo! „Jestę pirotechnikię”-chciało by się rzec… Rychło, kurwa, w czas. Sylwester był w poniedziałek!
Być może wielu z Was nie rozumie mojej postawy. Znaczy to, że nie mają zwierzaka.
      Gdyby nasz mały kudłaty domownik dostał taką serię z dwóch stron domu, kiedy nikogo z nas nie byłoby w pobliżu to są dwie wersje: albo zbieralibyśmy z podłogi zwłoki psiaka… albo, w najlepszym wypadku, figurki z brązu zdobiące każdy kolejny panel podłogowy.
       Życzę serdecznie, osobom bezmyślnie bawiącym się ładunkami wybuchowymi poza imprezą noworoczną, aby wypierdoliło wam wszystkie członki odstające od tułowia =*
Wracam do montowania…
Pozdro!
Johny_tfk =]