Tekst ten został zainspirowany wpisem Segritty. Akurat wpasowała się w to nad czym się zastanawiałem więc postanowiłem zrobić swoją wersję. Zapraszam.

       Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że właściwie rzadko się uśmiecham. Śmieję się tylko gdy faktycznie coś jest bardzo śmieszne lub mam naprawdę dobry humor. Gdy jestem na imprezie to niemal za każdym razem dostaję pytanie „Coś Ty dziś taki mało rozmowny”. Jakbym kiedyś był wygadany… Chyba jestem jakiś chory albo upośledzony bo odzywam się tylko wtedy kiedy faktycznie mam coś do powiedzenia (wyjątkiem jest sytuacja kiedy wlałem w siebie za dużo alkoholu).
Jestem anemicznym, zamkniętym w sobie, introwertycznym, flegmatycznym nołlajfem. I co najgorsze, ostatnio zauważyłem, że się to pogłębia.
       Moje dni wyglądają tak: Wstaję rano o 13, siadam na chwilę do komputera i idę spać bo już druga w nocy. Czasami wyjdę upolować jakiś prowiant i wracam do mojej jaskini. Rzadko wychodzę z pokoju a co dopiero z domu. (Ostatnio na piwo wyszedłem w Walentynki – kolejne wyjście z domu: Poniedziałek)

       W internecie jestem trochę bardziej żwawy… Dużo czytam, oglądam, przeglądam, uczę się… Ostatnio nawet udało mi się film wrzucić.
       No i piszę. Bloga piszę. Przecież nie do znajomych.
Do znajomych piszę tylko jeżeli czegoś chcę. Nawet nie składam im już życzeń urodzinowych, pomimo iż fejsbuk usilnie mi przypomina. Takie coś to gra na kodach. Na palcach mogę wyliczyć osoby, których pamiętam datę urodzenia. I o dziwo nie są to tylko te najbliższe…
Ci, którzy znają mnie doskonale, wiedzą, że taki już jestem. Spokojny, zamknięty w sobie… Ale kiedy trzeba potrafię się zebrać i zrobić co trzeba… Czasami nawet mi trochę odpierdala.
Bo trzeba umieć się dostosować. Trzeba być trochę tą jebaną chorągiewką.

A gdy jest naprawdę źle pomagają mi Pan Fred, Pani Soko, lub Pan Gene:

Nie umiem żyć.
Pozdro.
Johny_tfk =]