Pierwszy raz od dłuższego czasu zainteresowałem się meczem Reprezentacji Polski w piłce nożnej. Zainspirował mnie do tego komentarz Pana Szpakowskiego po meczu z Ukrainą: „obyśmy wygrali z San Marino”. Wiedziałem, że będzie to ciężki mecz i Polacy będą musieli wykazać się nie lada umiejętnościami oraz wytrzymałością, by zaskoczyć kibiców a co dopiero powtórzyć wynik sprzed czterech lat.

Dlatego przygotowałem sobie mały bufet i z ciekawością rozsiadłem się przed telewizorem.

        Do tej pory zawsze staram się kibicować słabszym, ale tym razem kibicowałem San Marino. Niestety, Reprezentacja Polski i tym razem okazała się nie do powstrzymania. Wykazała się niespotykaną do tej pory u nich wytrzymałością (prawie 90 min) oraz sprytem (wymuszanie karnych). Polacy zaskoczyli ostatnią drużynę rankingu FIFA niewymuszonymi celnymi podaniami oraz umiejętnością zdobywania bramek, o czym dawno już wszyscy zapomnieli…
       Niesłychanym sprytem wykazał się Adrian Mierzejewski, który około 20 minuty zauważył wysoko podniesione ręce obrońcy w niebieskim stroju i bez zastanowienia oddał (niby przypadkowy) strzał w kierunku 19 piętra Stadionu Narodowego, nabijając w ten sposób piłkę na kończyny górne przeciwnika i zdobywając rzut karny.
       Jeszcze przytomniej zachował się kapitan Polskiej reprezentacji. Mając w pamięci wysoką skuteczność bramkarza drużyny gości przy pierwszym rzucie karnym postanowił zastosować technikę znaną każdemu od kołyski zwaną „na pałę”.
Udało się! Dwie bramki pierwszego strzelca Bundesligi z piłki stojącej jedenaście metrów od osamotnionego bramkarza 2 ligi włoskiej. Gratulacje. Oklaski.

      Goście pokusili się o dwie akcje bramkowe, w tym jedną pod koniec meczu. Na szczęście tym razem polski bramkarz nie spał, co ewidentnie zaskoczyło napastnika, który myślami już był pewnie rano w swojej piekarni albo banku… Bramka nie padła. Jak to mówią: „niewykorzystane sytuacje lubią się mścić”. Polacy reanimując się nawzajem wyprowadzili kontrę i po przemyślanym i niesamowicie precyzyjnym strzale Jakuba Koseckiego piłka po raz piąty wylądowała w siatce bramkarza Serie B.

      Tyle jeśli chodzi o to bieganie Polaków za barmanami i cukiernikami z San Marino.
W głowie mi pozostaje mi jedno pytanie: „Czy naprawdę Ci piłkarze muszą grać przeciwko reprezentacji Przedszkola nr 2 w Wygwizdowie Małym, żeby pokazali kawałek dobrej piłki a Lewandowski strzelił bramkę z akcji?”

Myślę, że najlepszym podsumowaniem tej paraolimpiady będzie tekst mojej siostry podczas meczu:
Ciekawe czy Polska i San Marino wydają tyle samo na piłkę nożną… Przecież to ten sam poziom…
Moim zdaniem nadal jesteśmy w…
Pozdro. 
Johny_tfk =]