Od jakiegoś czasu boję się wtorków. Kładę się spać z nadzieją, że się wyśpię po weekendzie na uczelni, powrocie do domu i w ogóle… Ale nie! We wtorki zawsze musi się coś stać.

   Wtorek, 2 kwietnia.
Po ciężkim dniu i praktycznie nieprzespanej nocy dociera do mnie dźwięk domofonu. Po chwili dociera także do mnie ojciec: „WSTAWAJ! PACZKA!”
Wziąłem pieniążki, pierwsze lepsze gacie i poszedłem odebrać. 9.20 rano.
      Tydzień później znowu to samo… kładę się spać gdy już świta a tu po kilku godzinach dzwonek do drzwi. Koleś do liczników. Otwieram, idę do kuchni, podaję mu wartość z licznika, idziemy do garażu, otwieram na oścież, wchodzimy, spisuje licznik, drukuje mi papierek wychodzi. Nagle zrobiło mi się zimno. Zauważyłem, że stoję w krótkich spodenkach i dwóch różnych skarpetkach. Gdzieniegdzie jeszcze śnieg a ja stoję z gołą klatą w garażu.
Nagle zrozumiałem czemu blogerzy czasami narzekają gdy dostają te wszystkie pierdoły.

        Ledwo zdążyłem wrócić do łóżka – dzwoni ojciec. Za 2 godziny mecz. Już wiedziałem co to znaczy… Trzeba będzie coś zanieść coś przynieść, coś kupić, potem zrobić ksero protokołu, wysłać do związku i ogólnie pobawić się w sekretarkę.
Latam po domu, szykuję co mam zabrać odbieram kolejne telefony od ojca itd…
Nagle telefon od babci. Coś stało się z Jej komórką…
No to akurat przy okazji pójścia na halę (400 m) wpadnę do babci (2 km) i będą 2 pieczenie przy jednym ogniu =P

      Dziś to samo… Weekend praktycznie nieprzespany, zresztą jak cały tydzień, uczelnia, kolosy, te sprawy, do tego podróż z mojego zadupia i z powrotem… Poniedziałkowy wieczór spędzony na sprzątaniu garażu i noszeniu np. worków z cementem na śmietnik… CHCĘ SIĘ WYSPAĆ!
Ale nie… trzeba mnie budzić o 8, wskakiwać psem na głowę, trzaskać drzwiami i suszyć włosy przy otwartej łazience…

Nie jestem fanem poniedziałków… ale nienawidzę wtorków.
Teraz siedzę sobie na kanapie, słucham Erica Claptona, piszę ten post i boję się dzisiejszego dnia.
Pozdro.
Johny_tfk =]